poniedziałek, 6 lipca 2015

Małe ogłoszenie

Skorpiony zabijam klapkiem. Jaszczurki zza piekarnika wypędzam kijem od miotły i nawet głośno nie krzyczę. Zdarzało mi się silikonować szybę i uszczelnić okna pianką. Z ochotą odgarniam wszystkie pajęczyny. Wiem jak naprawić wtyczkę od pralki. Nie waham się użyć piły, kiedy trzeba pociąć pędy bambusa. Nie mam lęku wysokości. Nie mam nic przeciwko, kiedy trzeba rozładować paszę dla kurczaków z przyczepki. Na widok robali po prostu zaciskam zęby.

Chyba trochę straciłam tu kondycję, ale obiecuję poprawę po powrocie do Polski. Już tęsknie za moimi różowymi bucikami do biegania. Zambijskie słońce to nie solarium. Nie jestem bardzo opalona, za to  moja twarz odpoczywa tu od makijażu. A głowa przydaje mi się nie tylko do główkowania, ale też do noszenia skrzynek i wiaderek np. z wodą.

Trochę boję się dużych zwierzątek, ale mogłabym mieć w domu żółwia.  Jest bezproblemowy. Chyba nie mam zdolności artystycznych, ale lubię śpiewać. Nawet czasami coś zagram na klawiszach. Posiadam wiedzę o gwiazdozbiorach zarówno na Północnej, jak i Południowej półkuli nieba. Umiem zajmować się dziećmi, nawet tymi śmierdzącymi. Gotuję na pewno lepiej niż Zambijki. Wiem jak wydoić krowę i upiec chleb. Nawet mam pojęcie o uprawianiu ogródka i to nie byle jakiego, bo w afrykańskiej ziemi! Lubię arbuzy, najbardziej te żółte.


Szukam dobrego męża :P

czwartek, 25 czerwca 2015

,,Zakochałem się, aż mnie coś zabolało"

Lamek. Chodzi do pierwszej klasy. Jest tak malutki, że zupełnie nie wygląda na swój wiek. Czasem dla śmiechu wołam na niego Lamek – zamek albo Lameczek.  Dziś jest wtorek. Dziś w oratorium chodzimy po linie. Lamek też, ale do czasu…

W pewnym momencie Lamek odszedł na bok. Jakoś tak zamilkł. Może się zmęczył? Pytam go, co mu jest. Nie odpowiada, więc zwracam się do innych dzieci, stojących obok. ,,Lamek ninshi (Co z Lamkiem?)”. Po kilkuzdaniowej wypowiedzi Given i Gabriela w czystym bemba rozumiem tylko jedno słowo - ,,icimpolio”. To znaczy buty w stylu naszych Crocksów tylko takie wartości 6 a nie 60 zł. Zwykłe, proste, gumowe. Rzeczywiście kilka minut wcześniej jeden z takich butów przeleciał mi nad głową. Z wypowiedzi wyłapałam jeszcze jeden wyraz – Angel. Imię kolegi Lamka. Chyba już rozumiem całą sytuację. Angel zaczepiał Lamka i na złość rzucił jego butami. Lamkowi skończyła się cierpliwość i dał za wygraną. Normalnie w takich sytuacjach chłopcy w oratorium wszczynają bujkę. Ewentualnie, ci mniejsi, zaczynają głośno płakać. Tak prawie wrzeszczeć, na całe gardło. Z moim Lamkiem – zamkiem było inaczej. Było mu smutno. Widziałam, że zbiera mu się na płacz, ale walczył ze sobą. Kiedy jednak zainteresowałam się jego osobą i całą sytuacją, już nie wytrzymał. Dał za wygraną. Z jego okrągłych, czarnych, dziecięcych oczu popłynęły wielkie łzy, rozmazując się na miniaturowych policzkach. Bezszelestnie na uboczu. Nic nie mówił. Nie szlochał, nie tłumaczył się.

- Talala Lameczek. Nali kutemwa  (Nie płacz Lameczku. Kocham Cię) – wyszeptałam mu do ucha. Chłopiec patrzył na mnie bezradnie w milczeniu.

Często powtarzam dzieciakom tutaj , że je kocham. Ale nie tak do tłumu, bo to stałoby się zbyt szybko oklepanym sloganem. Podchodzę czasem do pojedynczych dzieci i tak znienacka szepcze, żeby tylko odbiorca mógł usłyszeć. Reakcje są różne. Banda patrzy na mnie zdziwiony. Mały Mebin niewiele jeszcze umie powiedzieć, ale wiem, że rozumie. Podnosi zawsze głowę i patrzy na mnie z zainteresowaniem. Niektóre dzieci się uśmiechają, a niektóre odpowiadają tym samym. Czasem po różańcu na koniec dnia słyszę wyszeptane w moją stronę:
- Sendamenipo, Nali kutemwa KAMIRA - Dobranoc, kocham cię (W bemba słówko kamira oznacza małe lusterko).

Dla mnie pozostawienie tych dzieciaków będzie jak rozstanie się z ukochanym. Tylko, że ja rozstanę się z 200 ukochanymi serduszkami. Fajnie jest się zakochać. Wszystko jest wtedy takie kolorowe. Jednak zdarza się, że rozstania czasem są nieuniknione. Wiem, że zawsze bolą tak samo. Ale wiem też, że wcale nie muszą być smutne.


Ostatecznie Lamkowi się poprawiło. Został z nami na różańcu w oratorium. Szedł z Klaudią za rękę. Zerkałam na niego od czasu do czasu, a on odpowiadał mi  szerokim uśmiechem.

Unosi się kurz nad radiem BUSZ

Jest woda, ale nie ma prądu! Dzień dobry, rozpoczynamy kolejny dzień na misji w Afryce! W Zambii mamy porę suchą, więc na pewno będzie dzisiaj słoneczny dzień! A w naszym sedesie zamieszkała żaba. Ktoś chce ją przygarnąć? Na dobry początek dnia proponujemy Wam piosenkę ,,Wszystko się może zdaaarzyyyyć” (A. Lipnicka)

Jesteście głodni? To może jakieś śniadanko? W Lufubu codziennie od 9 miesięcy serwowana jest…. JaJeCzNiCa oczywiście! No może z wyjątkiem tych dni kiedy kury przestały znosić jajka. Może się przejadły? ,,Dzień dobry kocham cię, dziś posmarowałem tobą chleb”  (Strachy na Lachy). Po przerwie zapraszamy Was na wiadomości.

Mamy 6 czerwca, księżyc nocą osiągnął pełnię. Witamy w wiadomościach radia BUSZ, wita się z Państwem ZAZU!

Dziś mija miesiąc, odkąd wspólnota misji salezjańskiej w Lufubu zmieniła swój skład. Na placówce jedynymi białymi zostały wolontariuszki. Natomiast reszta wspólnoty ciągle pozostaje w rozjazdach. ,,Szczęśliwej drogi już czas” (R. Rynkowski) chciałoby się powiedzieć. W niedzielę w drogę również wybrały się wolontariuszki – 10 km na mszę św. do pobliskiego Kazembe.
- Miało być na piechotę, ale przez przypadek złapałyśmy stopa. Zabrała nas nasza… kucharka – wspomina wolontariuszka Kamila.
Zupełnie nie przez przypadek nasi zambijscy klienci odkryli, że lufubiańskie mleko straciło swój smak! Okazało się, że jedna krowa na farmie miała zapalenie. Na szczęście kryzys został już opanowany!
Innym kryzysem pory suchej są pająki, owady i małe zwierzątka, kryjące się we wszystkich zakamarkach mieszkania. W ostatni weekend wolontariuszki porządkowały swój dom. Nasz reporter był z nimi przy tym wydarzeniu:
[odgłosy zamiatania podłogi]:
Kamila: Aaa jaszczurka!
Klaudia: Duża?
Kamila: Nieee
Klaudia: EEe to zostaw.
Kamila: Nooo [znów odgłosy zamiatania]

Na szczęście trzepanie paletkami materaców z łóżka i pryskanie ich przeciwko pchłom i pluskwom wolontariuszki mają już za sobą. Wracamy do studia. Informujemy Państwa również, że w tym tygodniu Lufubu nie wyjeżdża na sprzedaż z kurczakami, ze względu na brak odpowiedniego środka transportu. Za utrudnienia przepraszamy. Słuchaliście wiadomości Radia BUSZ. Dziękuję za uwagę!

A teraz pora na energetyczną muzykę . ,,It’s too late to apologise, it’s too late” ujeee (One republic).
Jak każdego tygodnia w naszym radiu, ogłaszamy sondę. Oto pytanie: Dlaczego nie ma prądu akurat wtedy, kiedy padła mi bateria w laptopie??? Na odpowiedzi czekamy do godz. 15, potem otwieramy oratorium. Nasz funpage: oczywiście nie istnieje. Odpowiedzi możecie zapisać na karteczce i powiesić sobie na ścianie.

A w naszym studiu gościmy dzisiaaaaj [dźwięk famfarów] … malaryczne komary i czarnego kota, który codziennie wije się pod nogami, żeby go nakarmić. Za oknem palące słońce – zaczyna się afrykańska zima. A może chcielibyście kogoś pozdrowić? My pozdrawiamy chłopców z wioski! Przychodzą czasem do domu wolontariuszy, na drobne prace np. aby skosić trawę. Oczywiście nie za darmo. Surowcem wymiennym są T-shirty. Niestety tym razem 8 – letni Castro przegrał z grabiami. Grabienie nie jest jego mocną stroną.  Ze stogu siana wystają mu tylko chudziutkie czarne nóżki.  Pozdrawiamy chłopca i przy okazji Sokoniego, pracownika farmy. Właśnie śmignął nam przed oczami zielonym traktorem. Tuż obok Margarety, która wiezie gnój na taczce. Chodzą pogłoski, że chce użyźnić glebę. ,,Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się na całego” (Fasolki). 

A już za chwilę zapraszamy Was na audycję pt. ,,Jak nie wiadomo o co chodzi, to znaczy, że jesteś w Lufubu”. Tymczasem ja idę gotować kawę na węglu drzewnym.
Byli z Wami: Zazu i … malaryczne komary!


,,Love me tender, love me sweet. Never let me go” (Elvis Presley)

czwartek, 7 maja 2015

Zdecydować się na dobro

Siedzę właśnie przy blasku świeczki, którą dostałam na 18stkę. Dostałam ją na urodziny ze słowami, żeby ta świeczka była światłem na mojej drodze w dorosłości. A teraz jestem z moją świeczką w Afryce. Nie ma prądu, a ja rozważam fragment Listu do Efezjan, który nie daje mi ostatnio spokoju…
Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest to dar Boga nie z uczynków, aby nikt się nie chlubił. Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili. (Ef 2, 8-10) – najwyraźniej oznacza to, że zbawieni jesteśmy poprzez swoją wiarę, i że to nie my jesteśmy twórcami swoich dobrych uczynków…
A z drugiej strony… Wiara bez uczynków jest martwa (Jakuba 2,13)  hmmm…

Możecie w to uwierzyć??? Jeśli Pan Bóg miał aż taki szalony pomysł, że jako dobry uczynek zgotował mi misje w Afryce to co On jeszcze dla mnie przygotował??? Jakie jeszcze MEGA pomysły musi mieć dla innych ludzi????

Ja bym sama w życiu nie wpadła na to, że będę kiedyś chodzić po linie z dziećmi z afrykańskiej wioski. Albo, że będę jeździć za kierownicą samochodu terenowego po Afryce, lewostronnym ruchem drogowym z biegami pod lewą ręką i sprzedawać ludziom żywe kurczaki. Nigdy nie wpadłabym na to, że przyjdzie mi w Niedzielę Palmową machać prawdziwą palmą. Albo jeść mięso z krokodyla i pić herbatę prosto z plantacji!

Tyle darów, naprawdę przemawia za tym, że warto pełnić te dobre uczynki, które Pan Bóg dla nas przygotował :D A potem, jako dar dostałam jeszcze kolejną lekcję….

Maxwell Kabwe – jeden ze złodziei, którzy okradli domek dla wolontariuszy przed naszym przyjazdem do Lufubu. Nawija po angielsku lepiej niż niejeden dorosły. Bez problemu komunikuje się z nami w tym języku, ale powtarza 6 klasę, bo nie zdał z j. bemba. Leniuch – kiedy przychodzi do pracy w ramach Adopcji na Odległość, po kilku minutach jęczy, że jest zmęczony i umiera. Ale ożywia się bardzo szybko, kiedy wyciągam listę obecności grożąc, że go skreślę jeśli nie chce pracować. Chodzi w sandałach, które dostał od Gosi poprzedniej wolontariuszki. A przecież wiem, że nie brakuje mu butów. Kiedy pracowałam tu w tamtym roku, dostał od nas aż dwie pary, dla siebie klapki i adidasy dla jego mamy. Tak, miałam go za cwaniaka. Kiedy zaprosił nas do swojego domu ,Klaudia zastanawiała się czy powinniśmy wziąć ze sobą jakiś podarunek, przychodząc w odwiedziny. Ostatecznie przekonałam ją, że nie jest to konieczne.

W niedzielę po mszy wybrałyśmy się na wioskę i do domu Maxwella. Bywało już nie raz, że odwiedzałyśmy kogoś na wiosce, ale nikt nas raczej nie częstował jedzeniom. W domu Maxwella było inaczej. Chłopiec przyjął nas z otwartymi ramionami. Upiekł dla nas kukurydzę na węglu, a potem zapakował świeże kolby z ogrodu, abyśmy mogły zabrać do domu. Dostałyśmy od niego również owoce, których nazwy nie znam, ale smak zapamiętam na długo. Potem pokazał nam skórę węża, którego niedawno zabił jego tata i zrobiliśmy mnóstwo wspólnych zdjęć.


Pomyliłam się co do Maxwella? Nie, ja w ogóle nie powinnam go osądzać! Znów wróciła do mnie zasada, której wciąż się uczę – nigdy nikomu niczego nie żałować! Wciąż dostrzegam, jak za każdym razem  wykonane dla kogoś dobro, wraca do mnie ze zdwojoną siłą. A oprócz płomienia mojej świeczki, świta mi w głowie jeszcze jeden fragment. Rozjaśnia mi wszystko, co niejasne: Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie! (Mt 10,8).

Być perfumami dla trupa

Przyszłam kiedyś do oratorium zupełnie zrezygnowana. Usiadłam na schodku, nic nie mówiąc. Podszedł do mnie mały Danny i zaczął bawić się moimi kluczami. Nie zareagowałam. Chłopiec z zaciekawieniem spojrzał na mnie. Przybliżył swoją głowę i zajrzał mi głęboko w oczy. Zaglądał pytającym wzrokiem, jakby czegoś szukał. Po czym zinterpretował po swojemu, to co zobaczył i zapytał mnie w bemba z dziecięcą troską:
- Co byś chciała, shimę? – i w tym momencie mały Danny  rozbroił mój układ psychosomatyczny na części pierwsze.Pomyślał, że jestem głodna. Głód to główny i chyba jedyny powód smutku moich lufubiańskich mordeczek... Danny w najprostszy sposób okazał mi swoją troskę.

W Poniedziałek Wielkanocny ks. Piotr zwrócił nam uwagę, na kazaniu, podczas mszy na kobiety idące z olejkami do grobu Jezusa. Niewiasty nie spodziewały się wtedy Zmartwychwstania, one tam szły do trupa. Szły z pachnącymi olejkami, by chociaż w ten sposób uczcić zmarłego. To prawda, zazwyczaj kobiety używają perfum, by w ten sposób podkreślić wyjątkowość, by wnieść jakąś nutkę wyjątkowości.  Usłyszałam kiedyś, że wprowadzanie takiej iskierki powinno stać się domeną każdej kobiety. Kobieta z natury ma dawać życie, ma ożywiać otoczenie.

Kiedy ja byłam trupem, dla mnie mgiełką perfum był mały Danny. Teraz ja mam zadanie być perfumami dla kogoś innego, gdy widzę, że sytuacja śmierdzi trupem.

A kiedy wydawać by się mogło, że jest tak źle, że już bardziej się nie da, a dookoła nas są same zera to czy potrafimy być taką jedynką, która postawiona przed zerami nada wartość milionom?

Najpiękniejsze serce

Kiedy byłam nastolatką nosiłam kolczyk w pępku. Wybryki młodości - Byłam raczej zbuntowanym młodym człowiekiem. Teraz mam już tylko ślad na brzuchu.
Kiedy chodziłam do szkoły, lubiłam ćwiczenia z gimnastyki  na lekcjach W-Fu, ale raz mi nie wyszło i złamałam rękę. Noszę na łokciu 6 centymetrową bliznę po operacji.
Mam też bliznę na nodze po ugryzieniu przez jakiegoś owada, gdy byłam w tamtym roku w Afryce.  Symbol tego, że pracowałam wytrwale na farmie.
Tamto mam już za sobą. Znam jeszcze jedną historię o bliznach:

     "Pewien młodzieniec chwalił się że ma najpiękniejsze serce w dolinie. Chwalił się nim na rynku i zebrał się ogromny tłum by je podziwiać bowiem było w swym kształcie perfekcyjne. Nie miało żadnej skazy, było przepiękne, gładkie i błyszczące. Biło bardzo żywo. Chłopak krzyczał na cały głos że nikt nie ma piękniejszego serca od niego i wszyscy mu potakiwali bowiem jego serce było idealne.
     Jednak w pewnym momencie jakiś strzec z tłumu krzyknął: Dlaczego twierdzisz że twoje serce jest najpiękniejsze skoro moje jest o wiele piękniejsze od twojego.
     Młodzieniec bardzo się zdziwił słysząc te słowa a potem spojrzał na serce starca i się zaśmiał. Serce starca biło bardzo żywo, być może nawet żywiej od serca młodzieńca ale było to serce poorane rozlicznymi bruzdami, serce w którym było wiele brakujących kawałków. Wiele tez w nim było kawałków które do tegoż serca nie pasowały. Było to serce brzydkie które w żaden sposób nie mogło się równać z nieskazitelnym sercem młodzieńca.      Chłopak zapytał się dlaczego starzec uważa że jego serce jest piękniejsze skoro wszyscy widzą, że nie jest ono nawet w części tak piękne jak jego własne serce.
     Wtedy starzec rzekł, że w życiu nie zamieniłby tego serca na serce młodzieńca. Powiedział też aby młodzieniec spojrzał na jego serce i wskazując na blizny rzekł.
     Widzisz te blizny i brakujące kawałki. Nie ma ich tu dlatego, że ofiarowałem je z miłości dla wielu osób a niesie to ryzyko bo często się zdarza, że sami ofiarowujemy uczucie dla innych , ale oni nie dają nam nic w zamian.
     Stąd te blizny bo choć dałem im cześć swojego serca, oni nie dali mi nic. Jeśli natomiast spojrzysz uważnie dostrzeżesz, że wiele kawałków do mojego serca niezupełnie pasuje. Są to kawałki serca innych, które oni mi ofiarowali i które znalazły stałe miejsce w moim sercu.
     Dlatego moje serce jest piękniejsze od twojego. Natomiast te bruzdy, które widzisz zrobili ludzie nieczuli, ludzie, którzy mnie zranili.
     Wtedy młodzieniec spojrzał na starca, zrozumiał i zapłakał. Potem wziął kawałek swojego przepięknego serca i ofiarował go starcowi, a starzec zrobił to samo.
     Padli sobie w ramiona i rozpłakali się po czym odeszli razem w wielkiej przyjaźni. Młodzieniec włożył część serca starca do swojego serca w miejsce brakującego kawałka który dał starcowi. Ten nowy kawałek pasował tam, choć nie idealnie, co zmąciło doskonałą harmonię serca młodzieńca.
     Nigdy jednak wcześniej serce młodzieńca nie było tak piękne jak w tym momencie i młodzieniec dopiero teraz to zrozumiał.

Pracuj tak, jakbyś nigdy nie potrzebował pieniędzy,
tańcz tak jakby nikt na ciebie nie patrzył
i zawsze kochaj tak jakbyś nigdy wcześniej nie kochał

Bruno Ferrero

Jakie będzie moje serce po powrocie z misji...?
Nie wiem. Teraz na pewno ciężko mi na duszy. Otrzymałam już bilet powrotny do Polski...

czwartek, 9 kwietnia 2015

List motywacyjny

W Wielki Piątek miała odbyć się droga krzyżowa dla naszych oratorian, trasą z Lufubu do Kazembe na piechotę (około 12 km). Dzieciaki dostały wcześniej informacje, że wyjść mogą tylko te starsze, i że jeśli chcą pójść to muszą zapisać się wcześniej na listę. Zapisało się ponad 60 osób, dla większości z nich jedyną motywacją był posiłek, jaki mieli dostać na miejscu. Jedna dziewczynka nawet zapytała mnie czy będzie kurczak. Cóż, Wielki Piątek nie jest dla nich przeszkodą, by się najeść i wcale nie mówię tu o jakichś zagłodzonych dzieciach. Te nasze może są niedożywione, ze względu na małowartościową dietę, ale nie przymierają głodem. Wyruszyliśmy punktualnie o 5 rano i nawet wszystko poszło sprawnie. Trochę zmoczył nas deszcz, ale dotarliśmy na czas do kościoła w Kazembe. Natomiast po skończonym nabożeństwie wszyscy dostali obiecane kanapki, a potem w planie czekała nas droga powrotna. Kiedy dzieci zjadły,  nagle wszystkie gdzieś się porozchodziły. Jedne na zakupy, inne do salonu gier (główna atrakcja Kazembe), ktoś odwiedzić rodzinę, ktoś inny poszedł za kolegami. Na 60 dzieci wróciła z nami dziesiątka. Naprawdę nie było sposobu, żeby ich zebrać w całą grupę. Ciągle ktoś ubywał po drodze, a jedna dziewczynka jeszcze pośliznęła się, upadła i skręciła rękę.  Porażka…

W Niedzielę Wielkanocną w oratorium mieliśmy imprezę. Najpierw był szał, bo rozłożyłam slack line’a, który wreszcie przybył do mnie w paczce z Polski. Znajomi z klubu wysokogórskiego złożyli się wspólnie, by sprezentować naszym lufubiańskim dzieciakom atrakcję, jaką jest chodzenie po linie! Dzieci były zachwycone, cieszyły się, że będą teraz jak Don Bosco, który był znany ze swoich sztuczek. Jednak to również wymagało organizacji, żeby nikt nie spadł, żeby inni nie przeszkadzali, żeby dobrze zawiesić linę między drzewami. Oczywiście ogarnięcie całej chmary rozwrzeszczanych dzieciaków, z których każdy chciał spróbować, było praktycznie niemożliwe. Kiedy trzymałam jedną osobę na linie, cała zgraja okrążała nas z każdej strony, tak, że już nie można było poruszać się do przodu. Mimo, że wszyscy dostali ode mnie jasne wskazówki, kiedy mogą podejść i jak się ustawić. Załamka…

Potem była jeszcze loteria. Okazało się, że losów jest mniej niż dzieciaków, a większe dzieci pchają się przed młodszymi, nie dając im szansy. Było tak głośno, że ciężko było wytłumaczyć jakieś zasady. Każdy chciał wziąć udział, a niektórzy nawet w nieuczciwy sposób. Katastrofa…

Tutaj jest inaczej niż z dziećmi w Polsce, mamy inne warunki, inne sytuacje. Ale jeśli kiedykolwiek na jakiejś rozmowie kwalifikacyjnej mój przyszły szef zapyta mnie czego nauczyła mnie Afryka, to ja już znam odpowiedź.  Misja w Afryce pokazuje mi jak uczyć się na porażkach. Jak być tarczą na pociski i jak ją usprawniać, kiedy przyjmuje kolejne ciosy :D

Uczy mnie co jeszcze mogę zmienić i poprawić, na co uważać, czego się spodziewać, czego nie powtórzyć, a co zrobić jeszcze raz tak samo. Jak patrzeć wstecz z uśmiechem, na to co może nie wyszło logistycznie, tak jak się tego spodziewałam. Uczy jak przygotować się na ewentualne wpadki. Dzięki temu mogę wyciągać wnioski jak czegoś nie robić następnym razem. Wiem już, że im więcej porażek tym więcej mogę się nauczyć.  Praca na misji uczy mnie kreatywności i daje motywacje do szukania nowych rozwiązań.  Praca w Afryce dodaje mi otuchy, że to nic, ze za pierwszym razem nie wyjdzie. Dzięki temu zyskuje doświadczenie na kolejne skrajne przypadki. 

Pojęłam  co to znaczy dla szefa mieć doświadczonego pracownika. Rozumiem dlaczego dobrze jest, kiedy pierwszy rozkręcany biznes się nie uda. Następny będzie oparty na przebytych doświadczeniach.

Następnym razem przed wyjściem do Kazembe, dałabym dzieciom wyraźnie do zrozumienia, że wszyscy wracamy razem. Może dobrym wyjściem byłoby rozdać im kanapki w drodze powrotnej, wtedy mieli by powód by iść z nami, a nie zostać w Kazembe.


Kiedy rozkładałam linę następnym razem, wzięłam również ze sobą zwykły sznurek. Sznurek wyznaczał linię, której dzieci nie mogły przekroczyć, aby nie przeszkadzać tym, którzy akurat znajdują się na slack’u. Każdy wiedział już wcześniej, żeby zdjąć buty, i że  musi się ustawić w kolejce i czekać na swoją kolej. Podobnie z loterią, teraz już wiem, że np. losowanie trwało za długo.  Dzięki temu mogę szukać kolejnych rozwiązań . Na zbyt duża ilość chętnych też znalazłyśmy sposób. Rzucałyśmy piłką w tłum, a kto złapał piłkę, mógł wyciągnąć los. Pod jednym warunkiem – jeśli rzucą się wszyscy i pobiją się i piłkę to kończymy całą zabawę. Obyło się bez ofiar J