niedziela, 29 marca 2015

Prawdziwa miłość nad sedesem

,,Miłość – wyraża się poprzez wierność i karmi się ofiarnością”

   Przez prawie 3 tygodnie miałam mdłości. Tak, to oznaczało, że jestem chora. Ostatecznie po chyba 4 wizycie u lekarza, przy 5 teście na malarię, wreszcie wynik był pozytywny. Czyli pozytywnie oznaczał, że mam malarię. Kiedy dostałam leki, mdłości się pogorszyły. To znaczy, że nie mogłam ich połykać i jedną dawkę dostałam dożylnie. W szpitalu była ze mną Klaudia. Kiedy ja szłam do łazienki, Klaudia szła za mną z moją kroplówką.
   A kiedy chciało mi się wymiotować i siedziałam nad sedesem, Klaudia siedziała nad tym sedesem razem ze mną i trzymała mi włosy. I wtedy mnie olśniło.

Przypomniała mi się historia mojej koleżanki Agnieszki. Opowiedziała mi kiedyś o swojej wizycie w wesołym miasteczku. Była tam ze swoim chłopakiem. Po przejażdżce na którejś z większych karuzel zemdliło Agnieszkę. Kiedy zwymiotowała, jej chłopak stał przy niej i trzymał jej włosy. Teraz są małżeństwem. Gdy ktokolwiek ktoś zapyta mnie teraz o mój ideał mężczyzny, to będzie właśnie ktoś taki. Ktoś, kto jest w stanie być przy mnie nawet w takiej chwili.

Naprawdę doceniłam Klaudię. Nie wiem czy ja na jej miejscu po prostu nie wyszłabym z łazienki. Nie dlatego, że mnie to odrzuca. Po prostu pomyślałabym, że jest to dla kogoś na tyle nieprzyjemne, że może lepiej zostać z tym sam na sam. A Klaudia ze mną została. To było dla mnie coś wielkiego – świadomość, że ona chce być ze mną nawet przy tym sedesie, bez względu na to, jak bardzo jest to zniechęcające.

Ostatecznie nie zwymiotowałam, nie było tak źle. Wszystko zostało na miejscu. A ja zyskałam nowe doświadczenie – jeśli ktoś siedzi z Tobą przy jednym sedesie, kiedy Ty wymiotujesz, to naprawdę jest z Tobą  ,,na dobre i na złe”. Prawdziwa miłość, to nie są motylki w żołądku – to jest bardzo łatwe i estetyczne, to nie wymaga ofiarności. Ja prawdziwą ofiarność odkryłam tam, nad sedesem.

Dziękuję Klaudia!

A wszystko zaczęło się od jednego komara…

sobota, 28 lutego 2015

Stworzonka

W cieniu Twoich rąk, ukryj proszę mnie,
gdy boję się, gdy wokół mrok,
bądź światłem, bądź nadzieją mą.
Wszystkim o czym śnie, głosem w sercu mym,
jak reka, która trzyma mnie,
nad brzegiem nocy, brzegiem dni.
Bądź jak skrzydła dwa,. kiedy braknie sił.
Chwyć mnie i nieś, niech niebo bliżej będzie,
tak bardzo chcę, w ramionach skryć się Twych

Dzieci to takie dziwne stworzonka. Tobie wydaje się normalne, że A to A, a dla dzieciaków to tylko 3 kreseczki, bez większego znaczenia. I do tego nawet nie wiedzą co z tym zrobić.

Ostatnio na ,,study time”(czas na naukę) układaliśmy z dziećmi puzzle z cyferkami. Dzieci siedziały na stole, więc zwróciłam im uiwagę, żeby przesiadły się na krzesła. Buli zaprotestował:
- No Kamila, table is too bigi – co w ich rozumieniu angielskiego oznacza, że stół jest za duży. 
Rozejrzałam się wokół. Cóż, stół jak stół.  Ale rzeczywiście, niektórym siedzącym na krzesłach ledwo wystawały ponad blatem nosy i okrągłe czarne oczka.

Każdego dnia na koniec oratorium mówimy dzieciom słówko na dobranoc. Tym razem wypadła moja kolejka. Wytłumaczyłam im, że jestem tu wolontariuszem. To znaczy, że pracuję za darmo, i że jestem tu dla nich. Skoro pracuję na katolickiej placówce to mogę też powiedzieć, że jestem tu dla Pana Jezusa. Zadałam im pytanie, co one ostatnio zrobiły dla Jezusa, jaki dobry uczynek ostatnio spełniły dla innych? Chyba poruszyłam ich dziecięce sumienia. Po oratorium gromadka dzieci odprowadziła mnie pod sam dom. Pytały ile jeszcze tu będę, co będę robić zaraz, jak wrócę do domu. Dowiedziałam się, że Icipushi to znaczy dynia w j. bemba J

 Wspomniałam już, że dzieci to śmieszne stworzonka, np. śpią gdzie im się zechce. Ostatnio w kościele na mszy mała Maggy usypiała na siedząco. Chwiała się w każdą stronę jak chorągiewka na wietrze. Zobaczyła to Elly, nasza liderka z oratorium. Elly wzięła dziewczynkę na ręce, a kiedy mała zasnęła, Elly położyła ją na podłodze. Maggy spała dalej w najlepsze.

Ostatnio w oratorium przyszedł do mnie Bernard. Ma może z 4 latka. Pokazał mi zadrapanie na nóżce, oczywiście po to, abym opatrzyła ranę. Właśnie zaczynaliśmy różaniec, wiec wytłumaczyłam, żeby przyszedł jak skończymy. Więc Bernard wziął mnie za rękę i zaczęliśmy odmawiać różaniec. Mały kuśtykał na jedną nogę, ale widocznie nie bolało go bardzo. Co jakiś czas wyrywał się do przodu i  drugą nogą machał nad wysoką trawa. Aż w końcu potknął się, wpadł w jakąś dziurę i stłukł sobie kolano. Teraz już sprawa bardziej się skomplikowała, bo miał zranione obie nóżki. Zrobiło mi się go szkoda i wzięłam go na ręce. Potem dostał ode mnie kolorowy plasterek.


Jeśli ja tak bardzo kocham te dzieciaki, to jak bardzo Pan Bóg może kochać nas? Skoro On sam jest miłością…  Jak bardzo musi kochać On - Ojciec, nas – Jego dzieci, stworzonka, które sam wykreował… Ja wiem dobrze, że też mogę przyjść do Niego po plasterek na zadrapania mojego serca. A w razie potrzeby On mnie weźmie na ręce.

wtorek, 17 lutego 2015

Doskonały manager

Kazembe to miejscowość położona ok. 12 km za naszą wioską. Znajduje się tam jeszcze jedna salezjańska placówka. Pracuje na niej polski ksiądz, który zaprosił nas w ostatnią sobotę, aby zorganizować coś dla dzieci w tamtejszym oratorium.  Wzięłyśmy ze sobą freezbe, farbki do twarzy i farby plakatowe.

W oratorium Klaudia zajęła się malowaniem twarzy. Ja malowałam dzieciakom dłonie, które potem odbijaliśmy na kartonie i każdy mógł podpisać odcisk swoim imieniem. Było wielu chętnych. Wszystkie dzieci pchały się i podawały mi rączki do malowania. Dosłownie wchodziły mi na głowę. Nie mogłam z tym nic zrobić. Malując jednego nie byłam w stanie ustawić reszty, a kiedy ich upominałam  to i tak zaraz znowu okrążał mnie tłum. Postanowiłam więc uzbroić się w cierpliwość i skupić się po prostu na malowaniu. Wtedy pojawił się Nathan.

W świecie showbiznesu, można wyróżnić 2 rodzaje managerów. Manager jako osoba zarządzająca organizacją, ktoś w rodzaju kierownika i manager, który zajmuje się sprawami jakiejś osobistości, piosenkarza, zespołu, aktora – taki ,,ogarniacz”.

Spośród wrzasku dzieciaków słyszę jak czyjś głos upomina innych:,, Lajni, Lajni!”. Tutaj to najprostszy sposób, aby wydać polecenie do dzieci, że mają ustawić się w linii. Z tłumu wyjawił się niewysoki chłopiec w różowej koszulce .Zaczął zaprowadzać porządek i o dziwo wszyscy go słuchali! Nie pytał mnie o zgodę, nie zapytał czy potrzebuję pomocy, on po prostu wziął sprawy w swoje ręce. Ja w tym wypadku byłam artystą. Mój ogarniacz stał na straży i pilnował, aby żadne dziecko nie wepchało się do kolejki, aby dać szanse młodszym, aby nikt spoza kolejki mi nie przeszkadzał.

Dopiero po dłuższej chwili podszedł do mnie i zapytałam go jak ma na imię. Pozwoliliśmy sobie na krótką rozmowę. Niedługo to trwało, bo Nathan zaraz pobiegł po kartony, bo na tym, którego używaliśmy kończyło się miejsce. Nie musiałam się niczym martwić. Mogłam się spokojnie zająć malowaniem. Kiedy po jakimś czasie podniosłam głowę, aby rozeznać sytuację Nathan rozmawiał z jakimś swoim kolegą. Na ten moment wszystko było w porządku, więc mój osobisty Manager mógł teraz zdobyć nowe kontakty – niezbędna rzecz dla jego roli. Nathan bardzo dobrze mówił też po angielsku w porównaniu do innych dzieci. Kolejna cecha świetnego managera – wysoki poziom komunikacji. Chłopiec doskonale wyczuwał moment, wiedział kiedy można sobie pogadać, a kiedy trzeba załatwiać sprawy. Inne dzieci wykonywały jego polecenia, nikt nie miał nic przeciwko temu, jak nimi zarządzał. Dookoła zapanował porządek, każdy widział, co ma robić, żeby móc odpić swoją rączkę na kartonie.  A kiedy w kolejce dzieci wciąż nie było widać końca, mój ogarniacz znalazł drugi pędzelek usiadł obok mnie i po prostu zaczął mi pomagać w malowaniu. Byłam niezwykle wdzięczna Nathanowi, a on do tego okazał się perfekcyjnym negocjatorem:
N: Masz fajny zegarek
Ja: Dziękuję
N: Przydałby mi się…

Zaskoczył mnie. Nie tym, że spodobał mu się mój zegarek, ale że był jedynym dzieckiem, które nie przyszło do mnie od razu z gotowym tekstem po angielsku ,,Give me MY watch”  - Daj mi MÓJ zegarek.

Nathan po prostu do mnie podszedł  i zasugerował. Bez nacisku. Dobrze wiedział, że czuję się zobowiązana za jego pomoc. Rozmowę przerwała nam pora na różaniec, ale zaraz po, mój ogarniacz podejął kolejną próbę.

N:Lubię Twój zegarek. Może mogłabyś mi go oddać?
Cóż jest mi ciężko odmówić, ale wiem, że potrzebuję mojego zegarka. Składam chłopcu propozycję:
Ja: Zanim wyjadę  do Polski, to Ci go przywiozę
N: Eee pewnie, jak wyjedziesz do Polski to zabierzesz go ze sobą…

Dotrzymam słowa! Nathan dostanie ode mnie zegarek. Ale jestem przekonana, że gość za kilkanaście lat poprowadzi świetną firmę w tym kraju. Życzę mu, żeby go było stać na kupienie sobie zegarka ze złotą bransoletką! A gdybym go wtedy spotkała to kupiłabym wielki zegar na ścianę do jego osobistego biura.


Powodzenia Nathanie Mwense!

Takie rzeczy to tylko w Afryce

Wywiad z Emanuelem się nie udał. Nasza Złota Rączka na farmie był w tamtym roku przez miesiąc w Polsce. Chciałam napisać tekst o tym jak spędził ten czas. Oczywiście był zachwycony wizytą, ale jego opowieść mnie nie zachwyciła. Nic ciekawego na dobry temat. Jestem dzisiaj sama. Księża w Lusace, Klaudia i Margaret w Mansie. Idę otworzyć oratorium, a w biurze nie ma klucza. No tak, przecież wczoraj biuro było zamknięte i wzięłam klucz do domu. Wracam z powrotem przez farmę. Zaczyna padać deszcz. Zanim jeszcze zdążyłam otworzyć bramę na całą szerokość, cała zgraja dzieci rzuciła się do wejścia, aby jak najszybciej dobiec do drzewa po śliwki.

Na ,,study time”, czyli podczas godziny poświęconej na naukę, wycinamy z dziećmi harmonijki z ludzikami. W holu zostaje po nich na podłodze cała masa papierów i pestek po śliwkach. Nikt nie zamierza tego posprzątać. A ja nie mam czasu, starsi chłopcy właśnie poprosili mnie o wyciągnięcie sprzętu. W niedzielę impreza walentynkowa i obiecaliśmy wyciągnąć głośniki, które chłopcy mieli wcześniej przygotować. Chłopcy przynieśli wszystko, ale pytają o mnie o adapter. Nie wiem co to, przeszukujemy cały pokój i nic nie znajdujemy. Ja nawet nie wiem czego szukam. Potem się okazuje, że chodziło im o przedłużacz. Ręce mi opadają, zwłaszcza, że odnotowałam, że właśnie zginęła jedna para nożyczek, z dwóch które zostawiłam na biurku…

Ostatecznie, zrezygnowana, siadam z dziewczynkami na pniu drzewa. Robią mi warkoczyki. A tu nagle wszyscy rzucają piłki. Przerywają swoje mecze i biegną w jednym kierunku. Słyszę krzyk. Rozumiem w bemba tylko tyle, że chłopczyk właśnie oberwał kamieniem w głowę. Nie wiem jak do tego doszło, zanim docieram na miejsce zdarzenia, chłopiec ma już nie tylko twarz we krwi, ale nawet plecy do połowy. Głośno płacze i nie chce pomocy. Poszedł zapłakany do domu. Co miałam zrobić? Dołączyłam do chłopców grających w siatkę. A kiedy piłka poleciała za daleko zauważyłam Johnego i Mathewsa bijących się na trawie. Ostrzegłam ich 2 razy, że mają przestać. Usłyszeli ostrzeżenie i w bemba i po angielsku. Na pewno zrozumieli, ale nie posłuchali. Za trzecim razem wyrzuciłam ich z oratorium. Znów zbiegły się wszystkie dzieci, ciekawe co tym razem się wydarzyło. John zamiast kierować się do bramy odwrócił się w drugą stronę, szukając swoich butów…. echhhh

Zanim zaczęliśmy różaniec miałam jeszcze ogłoszenie do dzieci. Zapytałam, kto może przetłumaczyć z angielskiego na bemba, tak żeby wszyscy zrozumieli. W tym momencie starsi chłopcy się pokłócili. Oczywiście nikt nie chciał… Wywołałam Maxwela i poprosiłam wszystkich, aby każdy wyrzucił tylko jeden papierek z podłogi w celu posprzątania holu. W innym przypadku nie zrobimy więcej zajęć takich, jak dzisiaj. Oczywiście nie wszystkim się chciało…

Zaczynamy różaniec. Pethias zapomniał poczekać na przeczytanie pierwszej tajemnicy i zaczął od ,,Ojcze nasz”. Dzieci wybuchają śmiechem i zagłuszają modlitwę. Znów trzeba ich uciszyć. Dziś na różaniec idziemy do kapliczki. Wychodzimy za bramę i zaczyna padać. W czasie różańca 2 razy upominam małą Memory, która zakłada sobie koszulkę na głowę i zaczepia Esther. Ufff różaniec skończony, wracam do oratorium. Kiedy chce zamknąć bramę Wesley wraz z Bundą nagle postanowili przed bramą odtańczyć jakiś dziwny taniec. Pośpieszam ich, ale oni mają fan. A ja mam dość. Zamykam chłopców w środku i wychodzę. Chłopcy wrzeszczeli za mną, abym im otworzyła. Wróciłam  dopiero, gdy zaczęli mnie błagać.

Dochodząc do domu zastaję otworzone okno. Mamy tylko jedno takie, które się nie domyka. Przed wejściem je zamykałam, więc nie mogło otworzyć się samo! Ktoś tu był! Boję się wchodzić dalej…. W środku nie notuję żadnej kradzieży, ale i tak wystarczająco się boję. Zwłaszcza, że nie ma wody, muszę pójść po ciemku za domek, żeby odkręcić zawór. Zbieram się na odwagę. Odkręcam, a woda nie leci. Czeka mnie wycieczka na farmę. Na farmie gryzie mnie komar i 2 pchły. Po drodze oglądam świetliki i całuję klamkę. Nie znalazłam nikogo, kto mógłby włączyć pompę. Wracam do domu, a tam na ścianie stworzenie wielkości tarantuli, tylko nie włochate. Pierwszy raz w życiu piszczę, zabijając pająka. Zmęczona siadam do stołu, aby zjeść kolacje, ale chleb jest spleśniały……………….

Żeby nie wpaść w depresję po prostu śpiewam sobie na pocieszenie:
Życie, życie jest nowelą
Raz przyjazną a raz wrogą,
Czasem chcesz się pożalić,

Ale nie masz do kooogooo :D

Maraton

Safira podnosi głowę spod krowy i wzywa mnie po imieniu. Patrzę na nią pytającym wzrokiem i słyszę: ,,Kamila, insala (jestem głodna)”. Ejj przecież ja też jeszcze dzisiaj nic nie jadłam! A więc nasz skok narciarski zaczynamy dzisiaj z tej samej belki startowej. Dziś startuję w maratonie - tydzień pracy na farmie. Tego dnia byłam odpowiedzialna za krowy.

Konkurencja nr 1 – Dojenie
Pierwsza stacja - worek z paszą dla  krów na głowę. Ważę się na wadze towarowej. Moja waga 44,5 kg, waga worka  niecałe 40. Kto będzie silniejszy w tej konkurencji? A przed nami cały tor przeszkód!. Cały czas z workiem na głowie trzeba najpierw trafić stopą na suchy liść palmy, żeby nie wpaść w błoto. Dalej wydeptana ścieżka w gnoju i bramka, otwiera się na sprzączkę. Ale żeby było trudniej, sprzączka jest z drugiej strony. Na głowie ciężki worek, ale to jeszcze nic! Jedna z dojarek niesie dodatkowo dziecko na plecach!

Jesteśmy na miejscu, zanim zaczniemy dojenie, trzeba posmarować ręce. To prawie jak na ściance, z tym, że tam do rąk używa się magnezji, żeby ręce nie były tłuste. W tym przypadku jest bardziej jak na lodowisku. Im bardziej śliskie tym więcej zabawy! Doimy z Agness we dwie jedną krowę. Ma na imię Eliza. Eliza chce mnie kopnąć. Całe szczęście ma przywiązaną nogę!  Ha! 1:0 dla mnie!

W konkurencji z dojenia nie mam szans z dojarkami. W czasie kiedy one napełniają całe wiadro, mi udaje się może jeden kubek. Ale nie daję za wygraną! Po godzinie zmagań mleko wydojone. W drodze powrotnej znów pokonujemy tor przeszkód. Na domiar złego jednej dojarce właśnie klapek utkwił w gnoju na dobre!  Proszę Państwa, co za wyzwanie! Dziecko Agness niebezpiecznie wygina główkę i tułów zza chitengi na plecach mamy. Klapek zapada się jeszcze bardziej w gnoju! A wiadro z mlekiem chwieje się na głowie! Agness nasuwa klapka na stopę, ale ten znowu spada! Co teraz? Łapać wiadro z mlekiem? Trzymać dziecko? Zostawić klapka? Kobieta bezwiednie grzebie stopą w gnoju, drugą ręką łapiąc dziecko. Uff klapek wrócił na stopę dojarki! Wszystko wraca do pionu. 
A na koniec zawody z kreatywności. W co przelać mleko, kiedy nie ma już butelek? W ruch wchodzą woreczki plastikowe. Agness nalewa mleko, a przed nami kolejny wyścig. Kto zawiąże więcej woreczków z mlekiem? Ja czy druga dojarka, Safira? Idziemy łeb w łeb. Palce pracują jak kołowrotek!

Nie wiem, czy są jacyś zwycięzcy w tej konkurencji. Ważne, że ukończyłam swój bieg! Śmierdzę niczym prawdziwy maratończyk na mecie. W nagrodę mogę iść pod prysznic. Oczywiście zimny, jak zawsze.

Challenge – tzn. Wyzwanie
Rano na spotkaniu dla pracowników, Manager farmy-  Mr. Zulu ogłasza, że Madam Kamila (że niby ja?), idzie dzisiaj z pasterzem do buszu, paść krowy. A więc dziś jestem Pasterzem nr 2 i boję się krów. Wyglądam zupełnie jak Pasterka  (wyszurane spodnie, gumiaki, chustka na głowie – mój strój na dzisiejszą konkurencję). Z kijem w ręku. Koniecznie zakrzywionym, bo takie są w modzie. Czekam na drodze na Pasterza nr 1. Ma na imię Happy (Szczęśliwy). Może będzie zabawnie – myślę sobie. I nagle jakieś stworzenie gryzie mnie w szyję. 0:1 dla insekta…

W drodze do buszu, próbuje nie myśleć, że krowy są takie wielkie, a byk ma na imię Brown i ma garba. Zaczynam rozmowę z moim współpracownikiem. Happy niewiele rozumie po angielsku. Na każde pytanie odpowiada mi ,,Yes”. Ostatecznie dowiaduje się, że wraca z powrotem z krowami o 10, więc zostawiam go i idę na farmę. O 10 znowu pójdę do buszu po krowy. Wracam inną drogą.

Tego dnia Klaudia doiła krowy. Chciałam zapytać jej, czy pozbierała już jajka, ale aby do niej dojść musiałabym pokonać stadko krów czekających na dojenie. Zabrakło mi odwagi, przegrywam 8 do 0. Przy łapaniu kur, które dzisiaj pojechały na sprzedaż mogę ogłosić remis. Ani one nie dawały za wygraną ani ja!

Przed następną konkurencją, trening na rozgrzewkę: ładowanie paszy. Mam zakwasy od  łopaty i nie tylko od łopaty. Kolejny dzień w ciężkich gumowych butach robi swoje. Podczas karmienia kurczaków George pyta mnie czy nie boję się komarów, gdy chodzę paść krowy. Nie, ja boję się krów! A tymczasem spod worka z paszą wybiegł szczur – cóż zawody trwają dalej. Najwyraźniej w tej konkurencji  trzeba być spostrzegawczym. W czasie przerwy obiadowej zastaję 2 pracowników, którzy palą jednego papierosa na spółkę. Zmieszali się na mój widok, a ja zaczynam się śmiać. Przecież jesteśmy w jednej drużynie!

Zew natury
Po powrocie do buszu za krowami nie znalazłam Pasterza nr 1, ale za to pozbierałam po drodze pędy bambusa, z których zrobię kotarę w naszym domku. Porą deszczową wszędzie jest zielono. Wokół tylko natura. Poczułam zew, więc śpiewam sobie na całą parę. Farmerska pieśń zwycięstwa :D

Na farmie zaś widzę mojego dzisiejszego współpracownika:
-I didn’t find you Happy (Nie znalazłam cię) – mówię.
-OK Thank you Kamila (ok, dziękuję) – odpowiada Pasterz nr 1. No to się dogadaliśmy…


Cóż, jutro obchodzimy święto św. Jana Bosco. Pozostawię wtedy gumowce i włożę sukienkę. Będę miała okazje powiedzieć  - Don Bosco, Thank You, że moje życie jest takie kolorowe!

niedziela, 25 stycznia 2015

WIELKA mała RZECZ


Maleńka Miłość w żłobie śpi,
Maleńka Miłość przy Matce Świętej.

Dziś cała ziemia i niebo drży, dla tej Miłości Maleńkiej…

Człowiek przygotowuje się długi czas do tego, by być zdolnym do robienia wielkich dzieł. Uczy się jak budować wielkie budynki, jak prowadzić wielkie, trudne w obsłudze maszyny, osiągać wielką sławę.
Może ja też mogłabym teraz działać prężnie w swoim zawodzie. Przebijać się z nowymi tematami na reportaże, może zorganizować wystawę foto lub zrobić wywiad rzekę z kimś nieosiągalnym. Potem też zdecydowałam się na zrobienie ,,wielkiej rzeczy” – wyjazd na misję do Afryki. Ale  to wszystko, co już osiągnęłam, przygotowując się do Wielkich Rzeczy, nagle sprowadziło się do jednego.

Efekt domina

Tak naprawdę największe dobro jakie możemy zrobić dla świata to zacząć od siebie, od tego, co jest najbliżej. Sam Pan Bóg wie najlepiej, dlaczego trafiłam tutaj. Przecież ja doskonale wiem, że nie uratuję całej  Afryki przed głodem i biedą. I w tym wszystkim największe okazuje się nie ratowanie świata, ale wyciągnięcie ręki do małej Mwape, ubranej w tak porwaną koszulkę, że już nie zakrywa ciała. Do  Alberta, który przynosi mi ołówek i prosi, by narysować mu pieska i świnkę.  Samuela, który nie wystąpił w jasełkach, bo przed wyjściem na scenę dostał ataku padaczki. Maraję, który ma 10 lat, a z braku pieniędzy i braku zainteresowania jego osobą (pewnie pośród gromadki rodzeństwa) nie poszedł jeszcze do szkoły. Mogę wyciągnąć rękę do malutkiego Kapungwe, którego przyprowadzili do nas starsi bracia. Przyszedł z przerwaną pachą (dosłownie!) i zsikał się z bólu, kiedy opatrywałyśmy mu ranę. Mogę wziąć na barana Felixa, który poszedł z nami do buszu i nie dawał rady w drodze powrotnej, by iść dalej. Wyciągnąć rękę, tylko tyle…

Ksiądz Gienek opowiedział mi raz historię. Kiedy uczył w szkole w Kazembe namalował czarną kropkę na białej kartce. Podniósł do góry i zapytał chłopaków, co widzą. Wszyscy odpowiedzieli, że czarną plamę. A nikt nie zobaczył białej kartki… Dobro się ukrywa i trzeba umieć je dostrzec. Nawet ja nie zawsze potrafię je widzieć… 

Może z mojej pracy nie będzie zbyt wielu owoców, bo co ja mogę sama na tylu potrzebujących? Może niewiele sukcesów odniosę w pracy tutaj, bo i tak przecież za kilka miesięcy wyjadę. Ale wiem, że warto. Choćby po to, by umilić komuś codzienność .Ucieszyć się jedną chwilą. Zrobić jeden krok do przodu…

Samuelowi ciężko jest pomóc, bo padaczki i tak nie można wyleczyć. Kapungwe potrzebowałby codziennej zmiany opatrunków, by zagoić ranę. Małej Mwape nawet jak zszyję koszulkę albo dam nową, to pewnie i ta koszulka się zniszczy i może kolejna…  Ale może dziewczynka zapamięta tylko tyle, że ktoś kiedyś chciał się o nią zatroszczyć i dzięki temu i ona zatroszczy się kiedyś o kogoś innego. Może Kapungwe był za mały, aby zrozumieć, ale jego bracia wiedzieli, że mają na kogo liczyć. 

Równanie

Zastanawiałam się, czy mogę uznać za prawdziwe powiedzenie, że dobro wraca. A teraz już wiem, że wraca zawsze, tylko my je nie zawsze widzimy. Przykład Natalki z mojego miasta (do której pisałam list) jest dla mnie dowodem na to, ze dobro może rodzić kolejne dobro. Przecież każdy wielki płomień zaczyna się od małej iskierki (lekcja od Tomka)!
W rzeczywistości ludzkiej poza jednostkami miary odkryłam jeszcze miernik w osiąganiu w życiu Czegoś Wielkiego:
  • Szerokie horyzonty – jednostka ludzkich ambicji, by zrobić Coś Wielkiego. Nawet jeśli coś innym wydaje się dziwne, to przecież nie jest niemożliwe! Da Vinci chciał latać jak ptak, w jego czasach go wyśmiali, a dziś latamy samolotem!
  •  Dalej niż czubek własnego nosa – odległość, jaką trzeba pokonać, by podjąć jakiekolwiek działanie.
  •  Kiwnięcie palcem –tylko tyle potrzeba, by podjąć działanie, które przybliża do realizacji celu. Od czegoś trzeba zacząć!
  • Odległość na wyciągnięcie ręki - Człowiek robi wszystko, by sięgać daleko wzrokiem, a wszystkie Wielkie Rzeczy znajdują się na wyciągnięci ręki. Po pierwsze, bo one wcale nie są nieosiągalne. Po drugie, bo wystarczy wyciągnąć do kogoś rękę - to jest największa rzecz, jaką można zrobić.
  • Małymi krokami -- skala wysiłku, jaki trzeba włożyć, by dojść tam, gdzie się zmierza J


I ostatecznie mamy z tego równanie:

Wystarczy pominąć czubek własnego nosa i kiwnąć palcem, aby małymi krokami osiągać szerokie horyzonty, które ostatecznie okazują się być na wyciągnięcie ręki!
Każdy z nas jest stworzony do Wielkich Rzeczy! J

,,Dym jałowca"

Żeby była taka NOC, kiedy myśli mkną do Boga

Kto jak kto, ale ja nie jestem miłośniczką poezji.  Jednak mam jeden ulubiony wiersz:

***
Noc czarna, srebrna noc,
Świat nieskończony
W czasie i przestrzeni,
Pośrodku droga mleczna.
Któż po niej przechodzi?
To przechodzi ludzkie pojęcie!
(Leopold Staff)


Tylko w taki sposób najlepiej mogę opisać niebo nocą nad naszym Lufubu! Chyba nie widziałam jeszcze żadnego z cudów świata, ale kiedy nastaje gwieździsta noc w Lufubu, nie potrzebuję bardziej niesamowitych cudów. Tak, jak niektórzy ludzie uwielbiają góry, mnie tak samo zachwycają gwiazdy. Nigdzie nie widziałam piękniejszych, niż te nad buszem. Tego nie mogłaby zaprojektować żadna ludzka kreatywność!

Żeby były takie DNI, że się przy nim ciągle jest

Niebo porą deszczową w Zambii zachwyca również w ciągu dnia. Jeśli miałabym iść do nieba to chciałabym, żeby było właśnie takie jak nad Zambią…

Jednak nie wszystko w ciągu dnia jest piękne i zachwycające. Każdego dnia do afrykańskiej codzienności wkradają się trudności, które trzeba pokonać.

W Dzienniczku św. Faustyny jest opisana historia, jak to Faustyna czymś zgrzeszyła. Zaraz potem pobiegła do kaplicy w głębokim żalu, przepraszając Pana Boga za to, co uczyniła. Wtedy usłyszała słowa, żeby przestała się martwić, bo gdyby nie ten grzech to nie przybiegłaby do kaplicy z taką gorliwością! J

Nie mając tu w buszu luksusowych warunków, często przy braku prądu czy ciepłej wody, czasem ma się ochotę ponarzekać. Ale potem świta w głowie świadomość, że jak jest trudno, to wtedy kształtuje się charakter: ,,Nie. To nie jest zły dzień! To jest dzień budowania charakteru!” (lekcja od Tomka)
I jak zawsze wtedy dźwięczy w uszach hasło, że Moc w słabościach się doskonali…

Żeby był przy Tobie ktoś, kogo nie zniechęci droga

Przez jakiś czas codziennie do oratorium podchodził do mnie Lazarous. Pokazywał godzinę na swoim zegarku i porównywał z moją. Mimo, że każdego dnia nastawialiśmy jego zegarek zgodnie z moim, to już nazajutrz jego późnił się o kilka minut.
- Lazarous Twój zegarek pewnie jest zepsuty – mówię w końcu do chłopca.
- Nie, to pewnie Ty codziennie przestawiasz swój – słyszę w odpowiedzi.

W sobotni poranek przed oratorium kręciło się kilkoro dzieciaków, w tym również Gift. Ze względu na nasz wyjazd do Lusaki nie widzieliśmy się z dziećmi prawie tydzień. Chłopiec, kiedy mnie zobaczył, rzucił mi się na ręce. Palcem wskazywał na siebie krzycząc: ,,Gift! Gift!” Czyżby bał się, że zapomniałam kim jest? Jakże bym mogła?! Wielkie oczy Gifta i jego małe ciałko zawsze dodają mi motywacji!

Miałam dwa takie momenty tutaj, kiedy było mi naprawdę bardzo ciężko…

Za pierwszym razem po prostu usiadłam w oratorium na krześle, nie mogąc się pozbierać. Siedziałam tak bezradnie i przyglądałam się dzieciom, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Powstrzymywałam się od płaczu… I wtedy przyszła do mnie Loveness. Uśmiechnęła się. O nie! Było mi zbyt źle, żeby jeden uśmiech mógł mnie tak po prostu rozweselić. Mała wdrapała mi się na kolana. Nie miałam nic przeciwko. Wtuliła się we mnie. A potem ku mojemu zdziwieniu po prostu zasnęła.  Nosiłam ją na rękach tak długo, aż znowu otworzyła oczka… Hmmm?

Za drugim razem przyszłam na mszę do kościoła. Krzyczałam sobie w duchu: ,,Panie Boże więcej już tak nie mogę…” I wtedy podeszła do mnie malutka dziewczynka. Wyciągnęła do mnie ręce, aby ją podnieść. Dziwne, nie zwracałam na nią wcześniej uwagi. Czasem w kościele zaczepiam dzieciaki wzrokiem, uśmiecham się do nich. Na tą w ogóle wcześniej nie spojrzałam. Widziałam tylko, że siedzi przede mną na kolanach u swojej starszej siostry. A potem nagle pojawiła się przede mną…  No więc wzięłam ją na ręce. W głowie tylko krążyła mi myśl: ciekawe, kiedy zacznie płakać. Tutaj te najmniejsze dzieci zazwyczaj boją się białych, czasem płaczą na nasz widok. Czemu ta mała przyszła akurat do mnie? Czemu akurat wtedy? Czemu ona też zasnęła mi na rękach? Trzymałam ją do końca mszy…. To była sobota.

A w niedzielę był kolejny dzień nowenny do św. Jana Bosco. Mały Danny przychodzi za nami do kościoła. Chyba wcale nie wybierał się na mszę, ale po prostu zaczęło padać. Siada obok mnie. Potem się przytula. A potem tylko kładzie głowę na moich kolanach i zasypia… A ja uświadamiam sobie, że te dzieci są słabsze niż ja, nawet w chwili mojej słabości…

 Czy w takich chwilach to ja jestem aniołem dla tych dzieci czy one dla mnie? Nie umiem tego wyjaśnić…

Abyś plecak swoich dni stromą ścieżką umiał nieść

Kiedyś w nocy pewien człowiek miał sen, że idzie po plaży w towarzystwie Pana Jezusa. Na niebie mrugały sceny z jego życia. Człowiek widział 2 ścieżki śladów. Jedne należały do niego, drugie do Jezusa. W pewnym momencie się odwrócił i zauważył, że w wielu miejscach na drodze są ślady tylko jednej osoby. Było to w najbardziej smutnych i samotnych chwilach jego życia. Człowieka to zaniepokoiło i zapytał: Panie, powiedziałeś, że kiedy zdecydują się podążać Twoimi ścieżkami to będziesz mi towarzyszył przez całą moją drogę. Ale zauważyłem, że w czasie najtrudniejszych dla mnie momentów na piasku jest tylko jedna ścieżka śladów stóp. Dlaczego mnie opuściłeś, kiedy najbardziej Cię potrzebowałem?
 Oto odpowiedź jaką otrzymał: Moje drogie dziecko. Ponieważ Cię kocham, nigdy bym Cię nie opuścił. W chwilach Twojego cierpienia, widziałeś tylko jedną ścieżkę śladów stóp, ponieważ wtedy to ja Cię niosłem”…